24 października 2023
Nie będę pisał nic więcej na tym blogu poza wierszami, chcesz poczytać coś innego zapraszam
tutaj
Bardzo chciałabyś żeby był tam znak zapytania,
Bo moja niewiedza jest słodka,
A jeszcze słodsze są wakacje w Dubaju,
Nie jakieś nudne kwiaty a bukiety,
Jak kompozycja Hisaishiego,
Wplecione to wszystko w wytarzanie marzeń.
Tam nie ma ciszy,
Tam nie ma odpoczynku,
Mylaca doczesność z ważnością,
Mylaca przyszłość ze snami.
Sprzedajac swoją czystość,
Nie rozumiejąc konsekwencji,
Nie próbując nic analizować,
Skapana w tysiącu słońc,
Pięknie własnego ciała i miłości do rzeczy.
A gdy krok po kroku wsącza się rzeczywistość,
To jak gadzi jad w jedwabiu twojej delikatnosci,
Kryszalowy żyrandol nabiera ciężkości,
Kazdy najmniejszy szklany element,
Zaczyna ważyć tyle co tysiące słońc.
W końcu chmurki zaczynają być bolesne w dotyku,
A droga powrotną wydaje się nieskończona.
W końcu iść dalej oznacza iść nigdzie,
Dubajskie plaże są Śmiesznie gorące,
A ci mężczyźni?
Nie ma już mężczyzn.
Ich obraz jest zepsuty,
Przez łatwość dostępu,
Przez to że to oni ustalali zasady.
Ich sposób widzenia jest niejasny,
Nie oczywisty, nie zrozumiały.
No a kiedy wszystko straci już smak,
Każda potrawa jest niesmaczna,
To czy nie warto spróbować czegoś nowego?
Jak smakuje śmierć?
Czy śmierć daje zrozumienie?
Czy śmierć pozwala pojąć,
Ze pieniądze to twór,
Twór tworzący potwory,
Takie same jak ty.
Takie same.
A teraz cichutko,
Bo doskonale znasz wszystkie konsekwencje,
Doskonale wiesz co to oznacza,
Więc cichutko szmato.
Głupia szmato.
Cichutko.
Może to brak pewności siebie,
Zerowa haryzma, zwątpienie,
Może to pokora wobec życia,
Może to lilia zaaferowana słońcem,
Ćma zajaknieta pięknem motyli,
Zwykła polana, bez ozdabiającego wiatru.
Może to tylko my tacy żałośni,
Cholernie słabi, nie specjalni,
Nie wyjątkowi, bez talentow,
Bez pieniędzy, bez perspektyw.
Wokól przemykają drogie auta,
Fryzury za więcej niż mogę mieć,
Perfumy pachnące jak cipki i fiuty,
Wysportowane, wymalowane,
Wyodziane, wyeksponowane.
A my żałośni, schowani,
Pełni kompleksow,
Wiedzacy że to nie zamek,
Żaden książę, żadna księżniczka,
Brak wróżki i pomocnego ptactwa.
Jak dziura w moim T-shircie,
W twoich rajstopach,
W moim sercu,
W twojej duszy,
Nienaprawialne,
Skazane na śmietnik,
Skompane w okolicznościach,
Kłamstwach, czynach haniebnych.
Taka chce cie kochać,
Żałosną, bez większych marzeń,
Pokryta pokorą,
Zniszczona i wciąż silna,
Taka chce cie kochać,
Wiedzącą ze pesymizm popłaca.
Chce abyś mnie taka kochała,
Pełna wstydu do siebie,
Powątpiewająca, skruszona.
Lecz w tych sercach,
Wciąż jak jak w jądrze ziemi,
Zimnej ziemi,
Lecz w tych sercach,
Jak w słoneczne dni.
Dla mnie jesteś motylem,
Wiatrem i nadzieja.
To nic nie znaczy,
Szczególnie z ust szmaty,
A nawet jeśli,
To wciąż nic.
Pragne tylko naćpać się,
Miloscia, zatykająca mózg,
Miloscia, ludzka,
Do kobiety.
Usłyszec te dwa słowa,
W ktorymklwiek języku,
Z końca języka.
Puść mnie już,
Nie jestem dzieckiem,
Nie wierzę w miłość,
Z bajek, opowieści,
Wierze za to w ćpanie,
Narkotyków własnej produkcji,
Made in nadnercza,
Przysadka i takie tam.
Wierzę że jak rozłożysz nogi,
Wystarczy mi,
Nie-szmato,
Bitch hard,
Zakochanie,
Zakochanie.
Chodź będę cię kochał,
Przez moment jakiś.
Światła krzycząc mi w twarz,
Pełzają po ulicach,
Mrocznych, lecz takich romantycznych,
Dałbym ci może kwiat,
Nie byle jaki — wyjątkowy,
Nie ma jednak takich kwiatów,
Wszystkie rosną i więdną,
Jak dźwięki nut,
Jak niczego niepodejrzewający smutni ludzie.
Dałbym ci więc to, co najważniejsze,
Całym moim bytem, całym moim pragnieniem,
Filozofię wszechrzeczy,
Pierwszy i ostatni punkt oparcia,
Coś nie do zatracenia w czasie,
W uścisku najcięższych chwil.
Także i tego ci nie dam,
Bo nie umiem zdobyć,
Żadnej z tych mistycznych gór,
Jakby ich nigdzie nie było,
Chociaż już całe życie szukam.
Coś ci jednak mogę podarować,
Wszystkie policzalne tchnienia,
Ileś tam jeszcze uderzeń mocnych,
Wszelkie ciepło jakie mi jeszcze pozostało.
Mogę ci podarować uliczki te mroczne,
Mojego serca zakamarki,
Tak bardzo mocno już zniszczone,
Mogę ci podarować,
Moje więdnięcie,
Moją skrajność,
Podaruję ci to,
Nie na zawsze,
Tylko do samego końca.
Nie po wszech miar,
A tylko garść,
Bo więcej nie udało mi się mieć.
Kiedy kopnęłaś mnie,
Upadłem,
Leżąc wiłem się,
Jak szczur,
Jak glista,
Brudziłem błotem myśli,
Niszczyłem skórę uczynkami,
Oplułem się cały,
Śliną śliską i zieloną.
Chwilę jeszcze popatrzyłaś,
Na ten żałosny widok,
Na przykre zachowanie,
Coś co kompletnie straciło na wartości.
Odeszłaś,
Odeszłaś z uśmiechem,
Odeszłaś bez zaszczytu,
Kompletnie bez szacunku.
Kiedy jednak błoto wyschło,
Ślina stwardniała i odpadła,
Kiedy brud mokry i lepiący,
Stał się tylko kurzem wczorajszym.
Zrozumiałem.
Zrozumiałem, że nie wygrałaś,
Bo nie da się wygrać.
Opuść zasłony zapomnienia,
Deszcz wspomnień zatrzymaj dachem,
Uspokój śpiewające syreny,
Wchłoń ciszę, wsiąknij spokój.
Urządziłaś się w moim sercu,
Dałaś mi coś,
A ja dałem coś tobie.
Nie wygrałaś,
Bo nie jestem tak stworzony,
Nie wygrałaś, bo wiosenny pada deszcz,
Nawet w środku cholernej zimy.
Nie wygrałaś,
Nie.
Nie ma we mnie co kochać,
Czysta zgnilizna,
Zepsute wszystko,
Cała ta skaza,
Obraza człowieczeństwa.
Nie ma we mnie co kochać,
Zero wyrafinowania,
Brak jakichkolwiek oznak romantyzmu,
Taki bezpański pies,
Który sam uciekł z domu.
Nie ma we mnie co kochać,
Lepiej uciekaj,
Lepiej schowaj się przede mną,
Nie warto.
Nie ma we mnie co kochać,
Mimo że tak pragnę miłości,
Wiem — to żałosne,
Takie zabawne.
Nie ma we mnie co kochać,
A ja stoję jak ten zbity pies,
I patrzę smutnymi oczami,
Na wszystkich kochających.
Nie ma we mnie co kochać,
Więc mnie nie kochaj,
Nie potrzebujesz tego,
Tylko ja tego potrzebuję.
Nie ma we mnie co kochać,
Bo tak cholernie ciężko do tego dotrzeć,
Jestem jak małża,
Na dnie najgłębszego rowu oceanicznego.
Nie ma we mnie co kochać,
Chyba że zgodzisz się,
Zaryzykować wszystko,
Chyba, że jesteś odważna.
O mądre cierpienie,
Kompletna przeciwności,
Beznamiętnego trwania w bólu,
Całkowite zaprzeczenie umierania,
O mądre cierpienie,
Sensowna męko,
Co umacniasz mnie codziennie,
Co sprawiasz, że jestem czysty,
W moim sercu, w mojej duszy,
Co sprawiasz, że jestem silny,
W moim głosie i w mojej głowie.
O mądre cierpienie,
Dziękuję ci, że mnie dotykasz,
Że moje żyły płoną,
Moje serce bije tak mocno,
Łzy cisną mi się do oczu.
O mądre cierpienie,
Co sprawiasz mi tyle bólu,
Nieznośne, nie do wytrzymania,
Gnębiące mnie codziennie,
Nie opuszczaj mnie nigdy,
Sprawiaj, że wiem czym jest życie.
O mądre cierpienie,
Kompletna przeciwności przyjemności,
Ciągłych rozkoszy i pięknego życia.
O mądre cierpienie,
Co dajesz mi tyleż bólu,
Tyleż nauki i tyleż siły, aby żyć.
O mądre cierpienie,
Dziękuję ci, że mnie dotykasz,
Że dzięki tobie mogę widzieć świat inaczej,
Jesteś dla mnie najważniejszym,
Najistotniejszym i przynoszącym mi dumę,
Moim własnym elementem duszy,
Moim najwspanialszym osiągnięciem.
O mądre cierpienie,
Nie pozwól mi nigdy zboczyć ze ścieżki,
Cierpiących dla większego dobra.
Twojej delikatności smutne oblicze,
Druzgotane brudem tego świata,
Wszelkie życie kłaniające ci się,
Całkowita suma dobra.
Podejdź do mnie, dotknij mnie,
Pobłogosław mnie swoim istnieniem,
Chcę doznać rozkoszy twojego dźwięku.
Nie ma nic i nikogo ponad ciebie,
Wszystkie chwile tęsknoty,
Umierania w środku — bo mi ciebie brak.
Niech świat podlewa nas sokiem miłości,
Plony wszelkiego dostatku otaczają nas,
Nasze nagie ciała niech tańczą,
Jak w powrocie do błękitnej laguny,
Jak młoda Jovovich, bez skazy.
Gdyby tylko istniało zło,
Tak potężne jak dobro, którym jesteś,
Bylibyśmy zgubieni,
Bylibyśmy zgubieni,
Skazani na wszechobecne cierpienie,
Na nieznośność męczarni diabelskiej,
Której nawet i sam diabeł by się lękał.
Przez otwarte okno widzę ptaki wędrujące,
Odlatując tęskniące do ziemi, po której stąpasz,
Bez wytchnienia myślące, aby powrócić.
Jakbyś wchłonęła wszystko, co dobre,
Jakbyś całkowicie opętała wszelkie piękno,
I zawładnęła nim, tak majestatycznie.
Nie ma niczego co odwróciłoby mój wzrok,
Od cudu, którym jesteś,
Od dobra, które niesiesz.
Nic nie zmyje uśmiechu z moich ust,
Kiedy tylko lekka myśl o tobie,
Przebiega w tym chaosie.
Czarne dziury wstydzą się swojej słabości,
Gwiazdy bledną od braku światła,
Tworzysz nowy porządek wszechświata,
Budujesz wszystko od nowa.
Jak bogini, jak stworzenie pierwotne,
Jak wielki wybuch jak nieskończoność.
Bo to wcale nie jest proste,
Ilość sprzecznych sygnałów,
Nie zrozumianych wiadomości,
Dwa tak cholernie dziwne światy,
Wszystko wrzucone do jednego gara.
Ciężko nie ugotować tu czegoś,
Bez precedensu,
Ale czy z sensem?
Dziś nie umiem powiedzieć nic,
Patrzę, obserwuję, myślę,
Wgłębiony w większą analizę,
Nie rozumiem,
Nic cholera nie rozumiem,
I boję się, że zawsze kiedy tak było,
To coś było.
Tak cholernie lubię jak się ruszasz,
Tak bardzo podobają mi się twoje oczy,
Czekam wciąż aż mnie przytulisz,
I jakoś tak dziwnie czuję się samotny.
Nie czuję aby potrzeba mi było,
Zastanawiać się co będzie dalej,
Planować jakieś posunięcia,
Myśleć o tym kto, kiedy i z kim.
Może bardziej zależy mi na przyjaźni?
Jakbym miał wybierać to tak by było,
Ale czy takie głupki jak ja,
Mają prawo cokolwiek wybierać?
Przecież to on wskazuje nas palcem,
Ja tylko powierzam mu wszystko,
Ja tylko daję mu się prowadzić,
Ścieżką czystości, która zostanie nagrodzona:
Albo moim słodkim cierpieniem,
Albo twoją gorzką miłością,
Albo kolejnymi bolesnymi kolcami,
Albo dotykiem twoich miękkich dłoni.
Zostanie wynagrodzona,
Bo ciężko nie być głupkiem.
Jakbym miał jakiś wybór wybrałbym cię,
Jakbym mógł wybierać przytuliłbym cię mocno,
Pocałował i zwyczajnie cieszył się, że jesteś.
Wtedy kiedy grałaś mi na fortepianie,
Czy tam pianinie, bo nie znam różnicy,
Jak występowałem solo pod gwiazdami,
Ja i wielka butla wina,
Kiedy paliłem tego papierosa po seksie,
Wiedząc, że kiedyś się to musi skończyć,
Ale nie teraz,
Wtedy kiedy siedzieliśmy, wśród zapachu AIDS,
Wśród tego pedofilskiego posmaku,
I tańczyliśmy w rytm muzyki,
Wtedy kiedy przytulałem ją nad ranem,
Kiedy myślałem, że to się nigdy nie skończy,
Albo kiedy mówiła mi jak jest dobra,
Jakie ma dobre serce, jak dobrą duszę,
Kiedy tańczyłem z nią jakby sami na parkiecie,
Kiedy śpiewałem wszystkim, śpiewałem,
I jak w sukience kwiecistej, ze wstążką,
Jadłaś ze mną kanapki na trawie,
Jak pierwszy raz zrobiłaś mi laskę,
Tak dobrze, że czułem się jak nigdy,
Albo wtedy kiedy zrozumiałem, że mam przyjaciela,
Jak popatrzyłem w twoje oczy,
Jak dotknęłaś moich palców,
Jak uśmiechnęłaś się do mnie,
I kiedy przyszedł on.
Zbieram je i nie zamierzam przestać,
Nigdy nie zamierzam przestać,
Bo to jedyne co warto kolekcjonować.
Zobaczyłem cię dziś pierwszy raz,
Pierwszy ze wszystkich tych razy,
I już nie mogę nieść tej myśli,
Że będzie kiedyś ten ostatni.
Wręczam swojemu strachowi spokój,
Wypowiedzenie obowiązków,
Nieustającą bezimienną odmowę,
Bo na nic mi on teraz.
Kiedy już nastąpiło, nie istnieje odwrót,
Los toczy się jak lawina,
Spada jak płatki śniegu,
Popycha nas w stronę, w którą nie chcemy.
Zobaczyłem cię dziś i wiedziałem,
Tak jak wiem ile warte jest wszystko,
Tak jak umiem zmierzyć istnienie,
Tak jak wszechrzecz buduje wszechświat,
Zrozumiałem dzisiaj te wszystkie elementy,
W elementach skomplikowanych — różniczkach,
Władco losu, panie światów,
Wszechmoco nadciągająca jak czas,
Nie boję się żadnej krzywdy,
Śmierć nie jest dla mnie upiorem,
Nie uklęknę przed żadnym władcą.
Tylko przed miłością uklęknę.
Tylko przed miłością.
Tylko przed nią.
Tylko.
Wytchnionych splecionych dłoni,
Obręcze w zatoczonych kołach,
W szyderczych uśmiechach idiotów,
Bo idioci zawsze się tak śmieją,
W badziewnym, sztucznym pokoju,
W sukni tak zabawnie żałosnej,
Występujesz wśród tłumów samotna,
A łza ci cieknie po piersi.
Uciekaj, ale to nic ci nie da,
Uchodzi z ciebie wszelka nadzieja,
"Nie daj się" - szepczą cienie,
Ale cienie nie potrafią mówić.
Dajesz z siebie aż tak wiele,
Choć tak naprawdę to jak nic,
Jak grochem o ścianę,
Krew w piach,
Wyciskasz z siebie wszystko,
Chociaż to nic nie zmienia.
Jesteś sama, bo tego chciałaś,
Nie chciałaś mieć nikogo,
Bo pragnąć nie znaczy chcieć,
Bo zrobić coś odwrotnego,
Mimo tak głośnych orzeczeń,
To coś, w czym jesteś dobra.
Nie nienawidzę cię, wręcz kocham,
I chcę byś trwała wciąż w świecie,
Chcę być dla ciebie kimś ważnym,
Wplatać się z tobą w to wszystko,
Lecz przestań już proszę pierdolić,
Jak bardzo świat cię nie lubi.
Zamknij się w końcu, odetchnij,
To nie świat cię nie chce,
To nie wszyscy są przeciwko tobie,
To nie ja zrobiłem ci krzywdę,
Tak to nie, tak to nie działa,
Ten dziwny ziemi skrawek.
Chcesz mojej miłości?
To się otwórz na swoją własną,
Chcesz swojej radości?
Przyniosę ci ją w otwartych dłoniach,
Lub przyprowadzisz ją sama,
Musisz tylko iść do świata,
Gdzie życie jest przepełnione pięknem,
Gdzie wszystko ma większy sens,
Gdzie cel znajduje się na końcu.
Gdzie znajdziesz drzwi?
W swoim sercu,
W swoim życiu,
Znalazłaś już tak wiele.
W swojej odwadze znajdziesz klucz.
Wierzę w ciebie,
Rób swoją robotę:
Zero woltażu, w każdym kącie cisza,
Odwzorowano w tym chyba jakąś książkę,
Z tych takich, które czytasz,
A twoja dusza płacze z tęsknoty.
W pełnej sali, balowej bez balu,
Wśród fantomów, wśród ludzi potencjalnych,
Wśród tłumów, które spędzały tam chwile.
Rozsiadłem się przy jednym stole,
Samotny, sam całkowicie,
W otulającej mnie matni,
Wśród wichur zewnętrznych.
Spokój.
Ten spokój i cisza.
Wtedy dotknęłaś klawiszy.
Dotknęłaś klawiszy.
Spękanej mej duszy odłamki,
Suchoty mego serca chrupnięcia,
Mokradeł w mych oczach wilgotnych,
Ten uszu dostatek odmienił,
Odmienił mi sposób wydechu,
Odmienił mi pogląd na wszystko.
W otchłani tej ciszy,
W dostatku tych dotknięć,
W ostatniej tam nucie zagranej,
I w duszy mej światło wezbrało.
Ty dałaś mi poranków radości,
Dałaś mi wszechmocy smak gładki,
Miłości mi dałaś strunami,
Dotknięciem swoim klawiszy,
Muśnięciem tam palca obuszkiem.
W tej sali balowej bez balu,
Chwil pięknych nie można policzyć,
Tej jednej jednak w mej duszy,
W tej ciemnej spokojnej ciszy,
W tej sali balowej,
Co wlała mi się do serca.
Ty dałaś mi ochotę na życie,
Dałaś mi znów to pragnienie,
I głód mi dałaś od nowa,
Dałaś mi każde to tchnienie.
Nie odebrałaś mi nic szczególnego,
Oprócz wszystkiego, co czarne i zimne.
Oprócz wszystkiego co złe i nie moje.
I wciąż nie wiem dlaczego,
Dałaś mi aż tak wiele?
Nie chcę kłaść się spokojny spać,
Ani potulnie przyjmować świat,
Nie chcę codziennie wspominać czas,
Kiedy byłem taki szalony,
Nie chcę ćwiczyć silnej woli,
Ani torturować się dietą,
Nie chcę patrzeć na życie,
Zza szyby własnych lęków.
Nie chcę posłusznie, zwyczajnie,
Grzecznie, normalnie,
Prostolinijnie i gładko żyć.
Nie chcę.
Daj mi bat światła,
Daj mi w odwagę,
Daj mi te mocne uderzenia serc,
Daj mi siłę, daj mi moc,
Daj mi ten pierdolony stres.
Chcę kłaść się spać spocony,
Zmęczony zamykać oczy,
Nie wiedzieć co będzie,
Chcę tak mocno z całych sił,
Chcę żyć.
Chcę całować cię w usta,
Przynosić ci w dłoniach światło,
Uciekać z tobą przed wiatrem,
We wietrze splątani jak pnącza,
Chcę skakać z tobą po drzewach,
Pieścić lwy po pyskach,
Chcę bić się z niedźwiedziem,
O byle co!
Pędzić przez życie,
Chcę wciąż i wciąż na nowo,
Każdego dnia mieć odwagę,
Chcę mieć odwagę,
By żyć i nie myśleć,
Chcę mieć odwagę,
By żyć i nie myśleć,
O tym co będzie,
Bo już dzisiaj wiem,
Że z planowania nici.
Może ja już nie umiem kochać?
Kochać Cię w sukni kwiecistej,
Wśród zbóż, kwiatów, łąk,
Wśród śpiewu wiatru,
Co przynosi tylko dobre wieści,
Może kocham Cię jednak,
Jak okręt kocha swój port,
Jak świeci nad nami dobry los,
Dobrego życia chwile,
Muskamy dłońmi jak strumyk,
Co przepływa bez przerw.
Może kocham wszystko,
Kim jesteś i jak jesteś,
W sennej jawie,
Śnie najprawdziwszym,
Który wydarza mi się,
Codziennie na nowo.
Odsłoń oczy, tak piękne,
Najpiękniejsze ze wszystkich,
Najjaśniejsze i takie błyszczące.
Może zaprzeczam miłości?
Otóż nie zaprzeczam!
Próbowałem zaprzeczać,
Ale to jak walczyć z własnym cieniem,
Jak próbować pokonać nicość.
Wchłonięty, wsiąknięty,
Wciągnięty, wetknięty,
Pomiędzy życie i miłość,
Śmierć i umieranie,
W powolnym tańcu z tobą,
W ciszy zaułków,
Uliczek spokojnych.
Można by zlizywać z chodnika,
Nawet jakby było trochę brudne,
Albo może i obsrane,
Ważne, że robi w głowie to,
Daje ci pieprzony spokój.
Nie ważne jak wyglądasz,
Że nikt cię nie chce,
Że nie wyglądasz,
Bo przecież wygląd nie jest ważny.
Nie ważne, że spada na ciebie deszcz,
Tylko tak cholernie kwaśny,
Wciskasz sobie to w każdą szczelinę,
W każdy możliwy kanał,
Wpierdalasz sobie w swoją delikatność,
Pchasz w siebie zapomnienie,
Smród dworca, obszczanych zaułków,
Brudnych fiutów i chorych pocałunków.
Kiedyś przejdę obok ciebie,
Popatrzę, że to przecież ty,
Co byłaś dla mnie kimś ważnym,
Co byłaś dla mnie kimś wartym uwagi,
Zapomnę, bo wszyscy zapominają.
Odejdź teraz w krainę spokoju,
Zalana dopaminą jak tankowiec,
Dobij do tego portu rozkoszy,
Oddaj się wszechwładzy zapomnienia,
Pluj na swoją przeszłość,
Na siebie i na wszystko, czym jesteś.
Skrzat już czeka po drugiej stronie,
Garniec pełen złota ty moja Calineczko,
Księżniczko bez pantofelka,
Bez księcia i królestwa,
Bez władzy nad własnym losem.
Daj sobie tę przyjemność,
Bo życie nie jest po to, żeby cierpieć,
Bo nic nie przychodzi łatwiej,
Nic nie jest prostsze niż to,
Najłatwiejsza z dróg,
Dmuchana wiatrem.
A po drugiej stronie,
Zakapturzona postać,
Uśmiecha się do ciebie,
Choć nie ma ust,
Tylko biel,
Tylko biel kochana,
Tylko biel.
Czasami to nie wiem,
Czy to świat jest zepsuty,
Czy tylko ja aż tak bardzo?
Zaciskam powieki i myślę,
Nie płacząc, bo chłopcy nie płaczą:
A gdyby tak zrobić to inaczej?
Nie interesuje mnie już twoja nagość,
Ani to czy znasz się na rzeczy,
Mało mnie obchodzi, jaka jesteś,
Ani też, w czym ci jest seksownie.
Nie chcę widzieć cię w lustrze,
Klaszcząc w twoją gołą dupę,
Nie umiem już patrzeć na to w ten sposób.
Nauczyłem się inaczej.
Fajnie jest jak się uśmiechniesz,
Powiesz co u ciebie i jak się czujesz,
Interesujące jest to jak myślisz,
To ważne, że jest ci dobrze,
Czy odnalazłaś się już?
Czy wiesz, co chcesz w życiu robić?
Czy spełniasz marzenia?
Czy w końcu jesteś szczęśliwa?
A później otwieram oczy,
I przemyka mi przez myśl,
Że tak to by mogło być,
Że taki mógłby być ten świat,
Tak inaczej, nie tak samo,
Nie jak zawsze, bo i po co?
Mógłby być przecież,
Nie zaprzeczysz.
Mógłbym ja być taki,
Wpatrzony w twoją osobowość,
Wlepiający się w twój charakter,
Dotykający twojej duszy tak delikatnie,
Muskający z tobą źdźbła sztuki,
Na kolejnym wernisażu,
Wśród malunków tak natchnionych,
Rozmawiając o realizmie.
Mógłbym nie myśleć,
Że fajnie opinają ci się spodnie,
O twoich długich nogach,
Oczami wyobraźni tworząc z nich,
Wrota do ostatniego kręgu raju,
Wnikając we wszystkie aspekty,
Wilgotne od mokrości,
Gorące od głośnego sapania.
Mógłbym, tak mógłbym.